wtorek, 27 czerwca 2017

Lab One, serum No1 Vitamin Complex.

Halo halo! Czy ktoś mnie tu jeszcze pamięta? :-) Troszkę mnie tu nie było, ale powodem mojej nieobecności nie było nic innego niż długo wyczekiwany wyjazd na wakacje, które swoją drogą były absolutnie cudowne, a kilka zdjęć możecie zobaczyć na moim Instagramie - klik klik.
Wyjazd jednak nie wpłynął na moją pasję kosmetyczną i z przyjemnością testowałam kolejne produkty aby móc napisać dla Was na ich temat kilka zdań.

Na pierwszy ogień pójdzie serum do twarzy Lab.One, które otrzymałam do testowania jako jedna z ambasadorek NaturalsPharm. Czy ktoś z Was jest ciekawy jak sprawdził się u mnie kosmetyk kosztujący 260zł?


O firmie Lab One słyszałam wiele razy i niektóre z ich produktów nawet kojarzyłam. Styczności bezpośredniej jednak do niedawna nie miałam, ale teraz postaram się nadrobić zaległości.

Serum zamknięte jest w estetycznej buteleczce wykonanej z przezroczystego, matowego szkła. Pojemność to najczęściej spotykane 30ml, a aplikator jest w formie wygodnej pompki. Jeżeli chodzi o sprawy czysto techniczne to mogę dodać jedynie tyle, że pompka działa sprawnie i właściwie pod tym względem nie mam do czego się przyczepić.

Serum Lab One No 1 Vitamin Complex przeznaczone jest do każdego rodzaju cery, zwłaszcza do przesuszonej, pozbawionej blasku, szorstkiej oraz ze względu na zawarte w nim składniki w przypadku prewencji przeciwstarzeniowej. Oprócz stosowania go na twarz można aplikować je również na szyję.

W składzie znajdziemy między innymi witaminy A,E i F, które mają za zadanie chociażby wyrównać koloryt cery, chronić przed przedwczesnym starzeniem, wygładzać oraz zapobiegać przesuszaniu. Kwas hialuronowy, który również znajduje się w składzie ma zapewnić optymalne nawilżenie i chronić przed utratą wody z wnętrza naskórka.


To, co na pierwszy rzut bardzo spodobało mi się w tym kosmetyku to fakt, że ma delikatny, odrobinę luksusowy zapach. Oczywiście serum jest perfumowane, na ostatnim miejscu w składzie jest to wyraźnie zaznaczone. Sam aromat jest jednak przyjemny i nie drażni mojego wyczulonego nosa, a po nałożeniu na skórę przestaje być dla mnie wyczuwalny. Konsystencja jest również przyjemna i bardzo wygodna jeżeli miałabym wziąć pod uwagę wszystkie etapy pielęgnacji i czas, jaki na nią poświęcam. Serum jest według mnie bardziej wodniste niż treściwe i ekspresowo wchłania się w skórę. Uczucie jakie po sobie pozostawia również jest bardzo na plus, ponieważ po jego nałożeniu nie czuję żadnego obciążenia, a skóra otrzymuje dawkę nawilżenia i delikatnego napięcia - proszę nie mylcie tego ze ściągnięciem, które absolutnie w tym przypadku nie występuje. Czy oprócz tego zauważyłam jakieś spektakularne efekty? Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety nie, a po cichu na to liczyłam. Serum z witaminami jest według mnie przyjemnym (aczkolwiek kosztownym) dodatkiem do codziennej pielęgnacji, ale nie wywróciło mojej codziennej rutyny do góry nogami. Najczęściej po jego aplikacji muszę sięgnąć dodatkowo po krem żeby osiągnąć odpowiedni poziom komfortu i  wystarczającego nawilżenia skóry.


Wydajność jest według mnie dobra, ponieważ do pokrycia samej twarzy jedna pompka (nawet niecała) w zupełności mi wystarcza. Po miesiącu czasu używania rano i wieczorem została mi jeszcze +- 1/3 buteleczki. Powyżej zostawiam Wam dodatkowo do przeanalizowania skład tego kosmetyku.

Jeżeli mieliście styczność z tym kosmetykiem to będę wdzięczna za Waszą opinię na jego temat oraz polecenie ewentualnych zamienników :-) Wszak serum jako jeden z kroków w pielęgnacji jest moim absolutnym must have i z przyjemnością doświadczam działania kolejnych kosmetyków tego typu.

Pozdrawiam serdecznie!
bG

sobota, 3 czerwca 2017

ePrezenty.pl - oryginalny pomysł na prezent!

Nie samymi kosmetykami człowiek żyje, nawet jeżeli prowadzi bloga o urodzie ;-) I choć rozwijanie pasji dotyczącej samego tworzenia i poszerzania wiedzy od strony kosmetycznej zajmuje mi wiele czasu to sama organizacja również jest naprawdę istotna. Od strony praktycznej idealnie sprawdza się u mnie kalendarz i notes, w którym zapisuję wszystkie swoje pomysły i ewentualne rzeczy, o których powinnam pamiętać. Od niedawna mam przyjemność używać jednak notesu w wersji personalizowanej, który jest idealnym dopełnieniem mojej strony. Taki właśnie notes każdy z Was może zamówić na stronie ePrezenty :-)



Mój notes jest formatu B5 (17,6/25cm), czyli nieco większy niż standardowy zeszyt. Same kartki są w linie i ogólnie całość prezentuje się naprawdę solidnie i jest dobrze wykonana. Okładka jest laminowana, a zdjęcie i napis każda osoba może dostosować do swoich własnych potrzeb, nawet element w formie różowego paska jest dosyć "ruchomy". Nie podoba Wam się? Możecie poprosić, by został on pominięty w ostatecznej wersji Waszego projektu :-) Według mnie jest on przyjemnym i bardzo dziewczęcym smaczkiem biorąc pod uwagę całokształt. Projektowanie również jest dziecinnie proste - wybieracie zdjęcie i ładujecie je, a następnie w poniższych polach decydujecie jak ma wyglądać napis, który będzie widniał na okładce.

Mój egzemplarz znajduje się dokładnie tutaj i możecie go nabyć w cenie 39zł - jak za solidny notes personalizowany z twardą okładką uważam, że jest to naprawdę atrakcyjna cena!


Jednak nie samą pracą człowiek żyje i czasami trzeba sprawić sobie (lub komuś) trochę przyjemności! I w tym przypadku również strona eprezenty.pl spieszy nam z pomocą. Pomysłów jest naprawdę wiele - macie wybór od breloków, kubków (również z możliwością personalizacji), poduszek z nadrukiem, długopisów z grawerem, a nawet własnych obrazów lub zdjęć! Muszę przyznać, że ja jestem fanką fotografii i zdjęć, które można ustawić w domu. Jest to według mnie niesamowicie ciepły i rodzinny akcent, dzięki któremu możemy wrócić do ważnych chwil z naszej przeszłości. Z tego właśnie powodu nikogo nie powinien zdziwić mój wybór, który padł na foto - obraz drukowany na płótnie, który jest niesamowicie klimatyczny i stanowi zawsze coś innego niż standardowa ramka ze zdjęciem.


Samo projektowanie absolutnie nie jest skomplikowane - wystarczy, że w odpowiednim polu załadujecie zdjęcie, które chcielibyście wydrukować, a oprócz tego można dokupić również opakowanie ozdobne w formie wstążki oraz dodać bilecik lub kartkę z personalizacją.

Obraz jest naprawdę solidnie i dokładnie wykonany, ramy są mocne i co dla mnie istotne - drewniane, sosnowe. Ceny w zależności od wybranego formatu są różne, dlatego polecam zapoznać się jak to wygląda bezpośrednio na stronie. Mój obraz jest w formacie 60x40, a cena wynosi 114zł.


Jeżeli nie macie pomysłu na prezent dla ważnej dla Was osoby, a może wyczerpaliście pomysły i chcecie wykazać się kreatywnością, polecam odwiedzić stronę ePrezenty i zapoznać się z ofertą sklepu.
Myślę, że ewentualny wybór Was nie zawiedzie, a obdarowana osoba może być naprawdę mile zaskoczona :-) Jeżeli macie pytania bądź wątpliwości, zawsze można wysłać zapytanie do sklepu i omówić ewentualne plany i projekty.



Jak Wam się podobają moje nabytki z ePrezenty.pl?

Pozdrawiam serdecznie!
bG

czwartek, 1 czerwca 2017

Nuxe - przyjemność, którą można podarować sobie nie tylko latem.

Macie swoje ulubione marki, do których wracacie sezonowo? Albo takie, które regularnie pojawiają się na Waszych półkach kosmetycznych? U mnie do tej kategorii należą kosmetyki Nuxe, które uwielbiam nie tylko za zapach, ale i całą resztę. Mówiąc, że przetestowałam większość bezczelnie bym skłamała, ale już ich trochę u siebie miałam. W tym roku również ich u mnie nie zabraknie.

 Nuxe Sun: nawilżająco-ochronny mleczny olejek do włosów / zachwycający krem do opalania twarzy SPF50


Myśląc Nuxe, pierwszym produktem, który wyświetla się w mojej głowie jest kultowy olejek dedykowany do pielęgnacji całego naszego ciała jak i włosów. Ile zużyłam buteleczek nie jestem w stanie stwierdzić, ponieważ ten kosmetyk jest u mnie praktycznie zawsze, może czasami z małymi przerwami. Tym razem postawiłam na wersję maxi z wygodnym atomizerem. Jest to fajna opcja i przyjemna odmiana po mniejszych buteleczkach 50ml, które zawsze u mnie gościły i które również dobrze się sprawdzają. A sam wygląd obecnego opakowania i grafika wywołują na mojej twarzy uśmiech i pozytywne skojarzenia :-) Jeżeli ktoś z Was nie miał okazji wypróbować tego olejku na sobie to gorąco zachęcam do testów! Jest to również wyśmienity pomysł na prezent, który już wielokrotnie się sprawdził w moim przypadku, a miałam okazję podarować go swojej mamie, teściowej oraz koleżankom.

Nuxe Huile Prodigieuse, suchy olejek do ciała

O ochronnym mlecznym olejku do włosów pisałam natomiast w poprzednich postach. Bardzo go lubię, bo fajnie dyscyplinuje lekko puszące się włosy i pachnie tak przyjemnie jak wcześniej wymieniony olejek do ciała. Mam zamiar zabrać go na tegoroczne wakacje dla dodatkowej ochrony i nawilżenia włosów podczas wysokiej temperatury.

Nuxe Sun, nawilżająco-ochronny mleczny olejek do włosów

Olejek nie będzie jednak moją jedyną ochroną, bo w tym roku dołączył do niego również krem do twarzy Nuxe Sun z wysokim filtrem SPF 50. Lubię się opalać, ale nie lubię być poparzona, a czasami czy tego chcę czy nie to jednak się to zdarza. Sama jestem ciekawa jak sprawdzi się ten kosmetyk, bo jedyne co mogę na ten moment o nim powiedzieć to piękny zapach, jakże typowy dla tej marki.

Jeżeli chodzi o Nuxe to posiadam również bardzo fajną, delikatnie oczyszczającą maseczkę z płatkami róży. Do kosmetyków z różą mam ogromną słabość, a tę maseczkę używam raz na jakiś czas i efekt, jaki uzyskuję jest dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Cera staje się widocznie jaśniejsza, oczyszczona i matowa aczkolwiek nie jest ściągnięta. Nie mogę jednak sięgać po nią zbyt często, bo moje cera zaczyna się odrobinę buntować, ale co półtora tygodnia czy raz na dwa tygodnie mogę sobie pozwolić na aplikację. Mały słoiczek jest również według mnie całkiem wydajny.


Nuxe Masque Purifiant, oczyszczająca maseczka - krem z płatkami róży

A jakimi kosmetykami Wy się rozpieszczacie wiosną i latem? Przyznam, że niewiele marek wywołuje we mnie tak pozytywne skojarzenia jak Nuxe i nie po wszystko sięgam z tak ogromną chęcią. Jeżeli macie swoich ulubieńców z tej marki to bardzo Was zachęcam do podzielenia się swoją opinią, a jeśli coś Was gorzko rozczarowało to również chętnie się dowiem czego lepiej unikać.

Pozdrawiam serdecznie!
bG

wtorek, 30 maja 2017

Fresh&Natural - naturalna pielęgnacja ciała z regenerującym orzechowym balsamem.

Wiosna i lato to te pory roku, w których najczęściej odkrywamy ciało i wystawiamy je na słońce. Słońce jednak nie jest w tym przypadku naszą jedyną publiką, bo odsłaniając się poddajemy się również ocenie innym osobom. Czemu więc nie zadbać o skórę naszego ciała tak, by była bardziej nawilżona i wyglądała na zdrowszą? Czy bohater dzisiejszego wpisu nadaje się do tego typu pielęgnacji?


Kosmetykiem, o którym dziś napiszę Wam kilka słów jest balsam (a właściwie nawet masełko) młodej polskiej firmy Fresh&Natural. Rynek kosmetyków naturalnych pochodzących z Polski w ostatnim czasie pięknie się rozwija i powstaje coraz więcej większych czy troszkę mniejszych, a nawet rodzinnych firm. Ja kosmetyki naturalne bardzo sobie cenię i choć również sięgam po te z teoretycznie mniej wartościowym składem, to natura wiedzie jednak u mnie prym.

Fresh&Natural wpadło w moje oko zupełnie niedawno. Najpierw zdecydowałam się na zakup malinowego balsamu do ust, który bardzo polubiłam, a jakiś czas temu dołączył do mojego pielęgnacyjnego zbioru ten oto orzechowy egzemplarz.



INCI: Aqua, Theobroma Cacao Seed Butter EKO, Vitis Vinifera Seed (Grape) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit FAIR TRADE i EKO, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, D-panthenol, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Methyl Glucose Sesquistearate, Gluconolactone, Sodium Benzoate, Theobroma Cacao Seed Powder, Argania Spinosa Nut (Argan) Oil EKO, Tocopherol Acetate, Xanthan Gum, Parfum

Regenerujący balsam do ciała otrzymujemy w świetnym, zakręcanym opakowaniu, a wnętrze dodatkowo zabezpieczone jest dokładnie zaklejoną folią. Jest to niezwykle istotne jeżeli sięgamy po kosmetyki z naturalnym składem, gdzie najczęściej od momentu otwarcia mamy określony czas na zużycie. W tym przypadku są to trzy miesiące.

Sam balsam ma fantastyczną konsystencję, jest zdecydowanie gęsty, a jednocześnie piankowy, niczym zbity mus. Przyjemnie się go nabiera na dłoń, chociaż samo rozsmarowanie na ciele trwa nieco dłużej niż przy innych kosmetykach, więc należy uzbroić się w cierpliwość. Kwestia wchłaniania to również istotna sprawa, bo od momentu dobrego rozsmarowania trzeba pewien czas odczekać zanim założy się ubranie - ja najczęściej używałam tego produktu wieczorem po prysznicu, kiedy mogłam sobie pozwolić na dłuższą chwilę dla siebie. Balsam zostawia na skórze ochronną, może odrobinę lepką warstewkę.


Wszystkie te ewentualne niedogodności (w zależności oczywiście od potrzeb każdego z nas) wynagradzał zapach oraz nawilżenie ciała. Jeżeli lubicie słodki, orzechowy aromat to ten kosmetyk będzie dla Was czymś idealnym. Do tego skóra w trakcie regularnego używania była w moim przypadku dobrze nawilżona i odżywiona.


Podsumowując bardzo polubiłam się z tym kosmetykiem. Przyjemnie się go używało i zapewniał właściwie wszystko to, czego ja oczekuję od produktów z tej kategorii. Sama wydajność jest przeciętna, ale zapach niesamowicie mi się spodobał i kto wie, może wrócę do tego rarytaska jesienią albo zimą?

Cena to od około 40 - 60zł za 250ml - sporo, ale w tym przypadku płacimy jednak za jakość.

A czego Wy używacie do pielęgnacji ciała?
Znacie kosmetyki Fresh&Natural?

Pozdrawiam serdecznie!
bG

czwartek, 18 maja 2017

Meet Beauty Conference.

Wizytówki zrobione, mini kosmetyczka spakowana, hotel zarezerwowany. Czy i Wy się wybieracie? :-) Dla mnie konferencja Meet Beauty będzie pierwszym tego typu blogerskim wypadem, bo chociaż o poprzednich edycjach wiedziałam to jednak nie zgłaszałam swojego udziału. Teraz jednak cieszę się na całą akcję i staram się w miarę rozsądnie zorganizować. Z kim się zobaczę? :-)



Pozdrawiam serdecznie!
bG

środa, 17 maja 2017

5 x nie (wiem) ...

Czy często spotykają Was kosmetyczne rozczarowania? Albo takie produkty, po których spodziewaliście się efektu wow, a jedyna reakcja, jaką potrafiliście z siebie wydobyć to nijakie hmm...?
Ja staram się wybierać te produkty, które wiem, że powinny u mnie zdać egzamin, ale czasami również trafi się coś, z czego nie do końca jestem zadowolona. Dziś zebrałam garść kosmetyków, które albo się u mnie nie sprawdziły, albo mają w sobie coś, co zniechęca mnie do ponownego zakupu.


Na pierwszy ogień pójdzie moja największa nadzieja, a zarazem największe rozczarowanie ostatniego czasu, a mowa oczywiście o olejku do demakijażu z Evree. Płyn ten jest na bazie olejków i razem z dwufazami jest to jedna z moich ulubionych form oczyszczania twarzy z makijażu. Na co liczyłam wybierając ten produkt do codziennego stosowania? Na to, że szybko i skutecznie rozpuści makijaż oka składający się z cieni i tuszu. Ostatni ulubieniec z Long4Lashes przyzwyczaił mnie do ekspresowego zmywania i oczyszczania twarzy, ale Evree mój zapał nieco ostudziło. Pomimo tego, że uwielbiam kosmetyki na bazie olejków to ten egzemplarz jest naprawdę nieprzyjemnie tłusty, a zarazem suchy w odczuciu - mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli. Do tego zmywanie makijażu nie należy w tym przypadku do szybkich czynności, ponieważ przez dłuższą chwilę muszę walczyć z jedną warstwą tuszu, a efektem i tak jest panda pod oczami po kilku godzinach. Zapach też nie należy do przyjemnych i jak na mój gust jest zdecydowanie zbyt ostry i chemiczny, a na waciku częściej znajduję pojedyncze rzęsy. Nie lubię, niestety...


Kolejnym przeciętnym kosmetykiem, na jaki trafiłam jest przeciwzmarszczkowy żel pod oczy marki Bioline. Kosmetyki tej marki lubię, oczywiście nie przetestowałam całego asortymentu, ale te, które wpadły w moje ręce były naprawdę fajne. Oprócz tego... Żel ma nieprzyjemny zapach, ostry i duszący. Przypomina mi trochę intensywnie pachnącą kaszę gryczaną, ale o ile kaszę lubię, to w przypadku żelu tego aromatu nie jestem w stanie zaakceptować. Konsystencja, no cóż - kwestia gustu. Osobiście wolę kremowe kosmetyki, ale czasami sięgam po coś odmiennego. Wszystko jednak byłoby dobrze, gdyby nie działanie, którego praktycznie rzecz ujmując nie ma. Nie ma ani odżywienia, ani łagodzenia, a o działaniu przeciwzmarszczkowym nie ma co wspominać. Jest za to nieprzyjemny zapach i kilkadziesiąt złotych w plecy.

Następne rozczarowanie to olejek z kwiatem malwy z Alverde, który miałam zamiar stosować po prysznicu w celu szybkiego i skutecznego nawilżenia ciała. W tym przypadku jedyne, co mogę pochwalić to zapach, który jest całkiem przyjemny, choć zdecydowanie przebija się tu również alkohol. Działanie jest jednak tak słabe, że nie ma sensu tego kosmetyku używać. Skóra jest nawilżona przez pierwsze minuty, a później robi się sucha jak wiór. Szkoda mi tego kosmetyku wyrzucać więc zaczęłam dolewać go po peelingu kawowego i w ten właśnie sposób go zużyję.


Żel pod prysznic Alterra o zapachu pomarańczy i wanilii był za to przyjemny i z chęcią go używałam, jednak skończył mi się w ekspresowym tempie. I tej słabej wydajności nie zrekompensuje mi nawet niska cena na promocji, ponieważ i tak musiałabym wtedy zrobić gigantyczny zapas żeby się nim nacieszyć. Zapewne raz na jakiś czas kupię go dla przyjemności, ale regularnie do niego wracać nie zamierzam.

Ostatnie rozczarowanie to kosmetyk, w którym pokładałam duże nadzieje i cieszyłam się jak dziecko wkładając go do koszyka, a mowa tutaj o waniliowym kremie do rąk z The Secret Soap Store. Krem ten ma w swoim składzie między innymi 20% masła shea i liczyłam ogromnie na to, że nawilży i odżywi moje suche ręce i nieco wzmocni paznokcie. Co się okazało? Okazało się natomiast to, że po regularnym używaniu tego kremu dłonie moje i mojego męża bardziej się przesuszyły niż gdybyśmy w ogóle nie smarowali ich niczym...


Tak właśnie prezentują się moje rozczarowania ostatniego czasu... Dajcie znać, na co Wy daliście się skusić i które kosmetyki zupełnie się u Was nie sprawdziły pomimo obiecującej etykiety producenta.

Pozdrawiam serdecznie!
bG

czwartek, 11 maja 2017

Odkrycie ostatniego czasu - gumki do włosów Fritzi z For Your Beauty.

Czy jest wśród Was ktoś, kto nie lubi ciekawych gadżetów? Przypuszczam, że nie, ale gdyby jednak tak było to proszę się śmiało ujawnić ;-) Ja jestem gadżeciarą i choć nie mam u siebie wszystkiego, co jest akurat na topie to staram się wybierać te produkty, które faktycznie się u mnie sprawdzą i będę z nich korzystać. W taki właśnie sposób trafiłam na dosyć popularne gumki do włosów Fritzi z For Your Beauty.


Na punkcie włosów mam delikatnie mówiąc obsesję. Lubię testować różnego rodzaju pielęgnację i sięgam po akcesoria, które zwyczajnie pomagają mi się z nimi uporać. W tym całym włosowym szaleństwie trafiłam już na kilka fajnych gadżetów, do których z całą pewnością mogę zaliczyć szczotkę Tangle Teezer, drewniany grzebień z EcoTools oraz gumki InvisiBooble. W ostatnim czasie zwróciłam również przypadkiem uwagę na równie popularne gumeczki, które wykonane są z elastycznego materiału pozbawionego wszelkich metalowych elementów. W teorii takie gumki mają utrzymywać włosy w ryzach bez odgnieceń oraz łamania ich. Jak to wszystko wygląda w praktyce?


W praktyce jest dużo lepiej niż w teorii. Sięgając po kolorowe gumeczki z materiału byłam świadoma, że będą one się lepiej sprawdzać niż zwykłe, klasyczne gumki. Nie brałam jednak pod uwagę tego, że totalnie się od nich uzależnię i przebiją one nawet zakręcone InvisiBobble!

Mój zestaw pochodzi z Rossmanna i zapłaciłam za niego 6,49zł. Jak za trzy sztuki gumek wychodzi bardzo atrakcyjna cena. Poza tym sama jakość jest naprawdę świetna i jestem pod ich dużym wrażeniem.

Gumeczki oprócz tego, że fajnie wyglądają i przyciągają wzrok swoimi kolorami to po założeniu są naprawdę stabilne i utrzymują włosy w jednym miejscu. Podczas noszenia nie przesuwają się u mnie i nie zauważyłam żeby w jakiś zauważalny sposób straciły na elastyczności. Ja praktycznie codziennie związuję włosy, chociażby będąc w domu. Jest to dla mnie najwygodniejsze rozwiązanie i staram się przy tym zwracać uwagę na to, czym te włosy ściskam. Zestaw Fritzi ma u mnie ten ogromny plus, że po całodziennym noszeniu nie pojawiają się na moich włosach żadne odgniecenia, a włosy nie są wyrywane. Do tego oprócz solidnego podtrzymania włosów, po zdjęciu gumek nie boli mnie skóra głowy, co przy innych podobnych produktach często kończyło się nieciekawie.


Poza tym dużym atutem jest sam wygląd - czy te gumki nie wyglądają pięknie? Są kolorowe i myślę, że idealnie pasują na wiosenno - letni sezon. Będą ozdobą lekkich stylizacji. Muszę przyznać, że co jak co, ale na gumki do włosów często zwracam uwagę nawet u innych osób i jeżeli nie są odpowiednio dobrane do stroju to boli mnie ten widok bardziej niż dziurawa skarpetka ;-)


Ze swojej strony bardzo Was zachęcam do wypróbowania tych mini gadżecików. U mnie te gumeczki znalazły swoje zastosowanie i bardzo się cieszę, że się na nie zdecydowałam!

Pozdrawiam serdecznie!
bG

sobota, 6 maja 2017

Dzisiejszy zestaw do makijażu.

Czy Was też mobilizują do działania i większego kombinowania kosmetyczne nowości? Mnie oczywiście tak, a przyznam, że w ostatnim czasie mam z czym kombinować. Wróciłam do podkładu i korektora z Helathy Mix, które świetnie się u mnie sprawdzały, a wiadomo, że jak jest dobra baza to cała reszta wychodzi o niebo lepiej. Podkład jak i korektor posiadam w kolorze 52, ale zakupiłam również duet 53 na lato i wczesną jesień.


Całość utrwaliłam Studio Fix z MAC'a, a kości policzkowe podkreśliłam przepięknym pudrem Terracota 04 z Golden Rose oraz ulubionym różem z Too Faced. Cienie do powiek to u mnie już klasyka, chociaż aż tak z kombinacjami nie szaleję. Na piękną pogodę staram się jednak wybierać bardziej słoneczne kolory, na przykład odcienia złota czy pomarańczy z Zoevy. Choć praktycznie zawsze mocniej podkreślam brwi to czasami stawiam jedynie na brązowy żel i tak właśnie było w tym przypadku, a główną rolę odegrał w tej kwestii Benefit Gimme Brow. Rzęsy podkreśliłam brązowym tuszem They're Real również marki Benefit, a całość perfekcyjnie dopełnił delikatnie koloryzujący balsam do ust Korres

A jak u Was wygląda codzienny makijaż?
Lubicie zmieniać kosmetyki czy macie swój standardowy zestaw?

Pozdrawiam serdecznie!
bG

niedziela, 30 kwietnia 2017

Koreańska pielęgnacja - nieśmiałe początki.

Azjatyckie pojęcie piękna podbija nasz rynek z ogromną prędkością. Wiele osób czerpie filozofię dbania o urodę prosto od azjatyckich kobiet, które - nie da się ukryć - często, nawet pomimo swojego wieku wyglądają młodo, a nie zaprzeczę również, że wręcz fenomenalnie. Czy to jest taka uroda, geny czy fascynacja różnego rodzaju kosmetycznymi zabiegami i czerpanie korzyści z dobroczynnych składników? Na to pytanie staram się znaleźć odpowiedź również ja, od pewnego czasu koreańska pielęgnacja nieśmiało wkroczyła na moje półki kosmetyczne...


Moja przygoda i nieco szersze zainteresowanie azjatyckim rytuałem piękna zaczęła się od książki Charlotte Cho "Sekrety urody Koreanek". Z tej właśnie książki możemy się dowiedzieć jak sama Charlotte dochodziła do różnych wniosków w kwestii dbania o siebie oraz jak ten proces na nią wpływał.


Książka jest według mnie naprawdę fajnie wydana i zachęca do lektury. Treść jest przystępna i choć wiele informacji zawartych w środku nie stanowiło dla mnie tajemnicy, przeczytałam całość z przyjemnością i zainteresowaniem. Podobają mi się również elementy z obrazkami, przedstawiające poszczególne etapy pielęgnacji. Jest to przyjemny i łatwy do przyswojenia skrót wszystkich istotnych elementów mających się składać na ostateczne piękno i zadowolenie z efektów. Ponadto ciekawostką dla wielu osób może być lista ulubionych kosmetyków autorki z każdego możliwego etapu dbania o urodę.


Choć książkę przeczytałam z dużą przyjemnością, nie ukrywam, że w pewnym sensie wcześniej nieświadomie kierowałam się niektórymi dosyć istotnymi wskazówkami. Przykładowo takim elementem, który od kilku lat w mojej pielęgnacji jest, jest oczyszczanie twarzy olejami. Nakładanie serum, kremów oraz używanie chociażby toników również nawiązuje do azjatyckiej pielęgnacji, ale to, co wyróżnia Koreanki to to, że w ich rytuale tych etapów jest o wiele więcej.


Pomimo tego, że część etapów pielęgnacyjnych jest ze mną od dłuższego czasu, to same kosmetyki koreańskie zaczęłam odkrywać całkiem niedawno. Na pewno to, co przyciąga moją uwagę jeżeli chodzi o ten rynek kosmetyczny to fantastyczne, kolorowe opakowania, które często przypominają kosmetyki czy nawet gadżety dla dzieci. Spójrzcie chociażby na uroczą pandę z Tony Moly, która w rzeczywistości jest sztyftem pod oczy - czy nie jest urocza? A te oryginalne maseczki na usta marki Pilaten? Wszystko to wygląda fantastycznie, świeżo, dziewczęco. Aż chce się testować!


Nowością jest u mnie aloes w żelu Holika Holika. Soczyście zielone butelka wyglądająca jak liść aloesu skrywa niesamowicie aromatyczną zawartość. Czytałam o tym produkcie wiele razy, zauważyłam również, że jest często zachwalany w kosmetycznym świecie.

Maseczka żurawinowa ze SkinFood również jest ze mną od niedawna, ale sięgam po nią regularnie. Choć opakowanie w porównaniu z innymi kosmetykami jest bardziej "zwyczajne" to na widok apetycznej szaty graficznej odruchowo się uśmiecham.



Nie wiem jak wygląda to u Was, ale ja w ostatnim  czasie nabrałam ogromnej ochoty na testowanie kosmetyków koreańskich i chciałabym wypróbować produkty z takich kategorii jak esencja, lotion czy emulsja.


Jeżeli macie swoje ulubione azjatyckie kosmetyki, po które regularnie sięgacie to dajcie mi oczywiście znać i polećcie, na co warto zwrócić uwagę. Będę wdzięczna za wszystkie Wasze komentarze i propozycje, a póki co sama uciekam wypróbować na własnej skórze powyższe skarby ;-) Dobrej nocy!

Pozdrawiam serdecznie!
bG

sobota, 22 kwietnia 2017

Nowości kosmetyczne: Too Faced, Bourjois, Zoeva, Sephora.

Tak, tak - kolejne nowości! W ostatnim wpisie pokazywałam Wam nowości pielęgnacyjno - makijażowe, dziś będzie sam make-up. Tym razem nie poszłam na ilość, mam raczej wrażenie, że postawiłam na jakość. Kto ciekawy co nowego się u mnie pojawiło? :-)

Tak, wiem, że mam róże do policzków. Na swoje wytłumaczenie mam jedynie tyle, że nie jest ich tak dużo no i oczywiście ten kolor jest na tyle "mój", że nie mogłam sobie go odmówić! Kosmetyki Too Faced mają również przeurocze opakowania, które totalnie mnie zauroczyły. Przyznajcie sami, czy to serduszko nie jest piękne?




Kolor, który posiadam to Baby Love. Jest to odcień bardzo naturalny i nie ma w sobie niczego wyzywającego więc jestem pewna, że się u mnie dobrze sprawdzi.


Kolejnym moim must have musiał być oczywiście puder brązujący z limitowanej serii marki Sephora. To opakowanie jest według mnie totalnym hitem! Wielkie, można by pokusić się o stwierdzenie, że wręcz gigantyczne. Faktura pudru jest przepiękna, podobno wzorowano się na tropikalnych lasach Azji, ale ja widzę tu coś na podobieństwo muszelek ;-)
Myślę, że sama kolorystyka nie każdemu będzie pasować, ponieważ tonacja jest ciepła. Dla mnie jednak dobór kolorów jest odpowiedni, na lato nada się idealnie.


Jeżeli już mowa o kolorach to co powiecie na paletę cieni z Zoevy? Są to moje pierwsze cienie z tej marki i mam wobec nich wysokie oczekiwania. Dobór kolorów jest bardzo specyficzny, ponieważ mamy tu intensywne barwy złota, kolor pomarańczowy, ciepłe brązy. Całość prezentuje się pięknie!



No i podkład :-) Zamówiłam go sobie online na stronie Rossmanna żeby nie musieć przepychać się w jego poszukiwaniu przy szafach podczas promocji. Wybrałam odcień 52 czyli jak dla mnie dosyć jasny, ale właśnie takiego mi w kosmetyczce brakowało. Żałuję, że nie udało mi się kupić koloru 53, ale może jeszcze uda mi się go znaleźć?


Póki co jeżeli chodzi o nowości kosmetyczne to by było u mnie na tyle. Nie powiem żebym była niezadowolona, bo cieszę się z tego wszystkiego bardzo! Jednak chciałabym urozmaicić swoje nowości o jakiś opalizujący brązer oraz fajny rozświetlacz - może Wy mi polecicie coś wartego uwagi? Dajcie znać czy coś Was szczególnie zainteresowało odnośnie dzisiejszego wpisu i czy chcielibyście żebym bliżej zaprezentowała coś konkretnego.

Pozdrawiam serdecznie!
bG

piątek, 21 kwietnia 2017

Nowości kosmetyczne.

Nowości, nowości... Kto ich nie lubi? Pomimo tego, że mam swoich stałych ulubieńców, uwielbiam czytać, analizować i wyszukiwać coraz to nowsze kosmetyki do pielęgnacji oraz makijażu. To jest już chyba ta nasza kobieca przypadłość, że dążymy do lepszych, szybszych i bardziej skutecznych rozwiązań, a przy okazji sprawia nam to dużą przyjemność.

W ostatnim czasie moje poszukiwania oraz potrzeba odmiany sięgnęła zenitu! Odczuwam ogromną chęć zmian, testuję nowości... Po prostu mi się chce, ale i poszerzający się rynek kosmetyczny w mojej ocenie znacznie w tym wszystkim pomaga :-)

W związku z powyższym wpadło w moje ręce parę kosmetyków z różnych kategorii. Nie jest to oczywiście wszystko, ale ta luka oczywiście zostanie uzupełniona w kolejnej części ;-) Nie owijając dalej w bawełnę zapraszam Was do zapoznania się z moimi nowymi nabytkami. Może i Was coś zainspiruje i udacie się na łowy? ;-)


Jeden z pierwszych kosmetyków, który wpadł do mojej kosmetyczki to przeciwzmarszczkowy krem Multi - Active Jour marki Clarins przeznaczony do każdego typu cery. Markę Clarins znam głównie z makijażu, kosmetyki pielęgnacyjne od niedawna zaczęły się skradać na moją półkę, a że akurat powoli kończą mi się preparaty do nawilżania twarzy to z przyjemnością przetestuję ten egzemplarz.



Oprócz kremu zaczęłam z ogromną pasją sięgać po nowości do makijażu. Oj przyznam, że dawno tak dobrze się nie bawiłam wyszukując i testując nowe kosmetyki, analizując konsystencje i oceniając wykończenie na mojej skórze. Cream lip satin z Sephory o numerze 23 to przepiękny, bliżej nieokreślony dla mnie kolor, który z miejsca podbił moje serce. Do tego ten cudowny, budyniowy zapach!

Ale czym byłyby nowości bez produktów do makijażu twarzy? No właśnie! Będąc w Rossmannie autentycznie nie spodziewałam się tak ogromnego zainteresowania obecną promocją na kolorówkę. Miałam w zamiarze kupić nowy podkład Healthy Mix, ale niestety obeszłam się smakiem, ponieważ wszystkie zostały wcześniej wybrane. Dorwałam za to korektory z tej samej serii w odcieniach 52 i 53, z których jestem bardzo zadowolona. Nie dość, że cieszą oko to fajnie się u mnie sprawdzają. Do tego ostatnio wszędzie widzę nowy podkład Rimmel Fresher Skin i też postanowiłam wypróbować go na sobie, no bo czemu nie?

Pssst... podkład Healthy Mix udało mi się ostatecznie zakupić online na stronie Rossmanna z odbiorem osobistym więc jeżeli Wam się nie udało stacjonarnie to polecam wziąć ze mnie przykład ;-)


Z samej pielęgnacji mam ochotę na eksperymentowanie z kosmetykami koreańskimi, które ostatnio podbijają nasz rynek. Zauważyłam, że pojawiło się też kilka marek, o których wcześniej nie słyszałam więc czemu by ich nie przetestować? Firma Too Coll For School ma fantastyczne opakowania, które przyciągają moje oko i będę miała (mam nadzieję) przyjemność wypróbowania maski w płachcie, z którą wcześniej nie miałam styczności.



Bardzo atrakcyjnie prezentuje się również popularna firma Skinfood, z której posiadam żurawinową maseczkę do twarzy. Do wyboru było jeszcze kilka innych wersji, z których będę chciała sięgnąć jeszcze po cytrynę i kokos. Czy ktoś miał styczność z tymi kosmetykami?


Czym jednak byłyby nowości bez starego, dobrego ulubieńca w nowej odsłonie? ;-) Uwielbiam czarną serię marki L'biotoca. Kosmetyki te mają świetny wpływ na moje włosy i skórę głowy, a efekty widać już po jednym użyciu. Cieszę się, że pojawiła się wersja odrobinę większa niż standardowa, a do tego w tubce, która jest wygodna podczas podróżowania.



A ostatnim kąskiem, który pokażę Wam w dzisiejszym wpisie jest masło do ciała z Fresh&Natural. Całkiem niedawno pokazywałam Wam malinowy balsam do ust z tej samej marki, który ogromnie polubiłam. Orzechowy balsam do ciała z założenia ma mieć działanie regenerujące i mam nadzieję, że będę z niego równie zadowolona!



Z nowości to by było u mnie na tyle. W każdym z tych produktów pokładam duże nadzieje i mam nadzieję, że się nie rozczaruję. Dajcie znać jeżeli mieliście styczność z którymś z nich, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii :-)

Pozdrawiam serdecznie!
bG
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...